JustPaste
HomeCategoriesAboutDonateContactTerms of UsePrivacy Policy
JustPaste

Free online notepad — write and share instantly

Navigate

  • Home
  • Timeline
  • Categories

Info

  • About
  • Donate
  • Contact

Legal

  • Terms of Use
  • Privacy Policy

© 2026 JustPaste.app. All rights reserved.

Made with ♥ by JustPaste

Zolnierze wykleci | JustPaste.app
3 months ago0 views
✍️Creative Writing

Zolnierze wykleci

''POLSCY BANDYCI''

''Za carskich czasów, wiemy to sami
Byliśmy zwani wciąż bandytami
Każdy, kto Polskę ukochał szczerze
Kto pragnął zostać przy polskiej wierze,
Kto nie chciał lizać moskiewskiej łapy
Komu obrzydły carskie ochłapy

I wstrętnym było carskie koryto
Był "miateżnikiem" - polskim bandytą.
"Polskich bandytów" smutne mogiły
Tajgi Sybiru liczne pokryły.

Przyszedł bolszewik - znów piosnka stara
Czerwonych synów białego cara.
Polak, co nie chciał zostać Kainem,
Że chciał być wiernym ojczyźnie synem,
Chciał jej wolności w słońcu i chwale,
A że śmiał mówić o tym zuchwale,
Że nie chciał by go więziono, bito,
Był "reakcyjnym polskim bandytą".

I znowu Sybiru tajgi pokryły
"Polskich bandytów" smutne mogiły.
Gdy odpłynęła krasna nawała
Germańska fala Polskę zalała.

Kto się nie wyrzekł ojców swych mowy,
W pruską obrożę nie włożył głowy,
Nie oddał resztek swojego mienia,
Swojej godności, swego sumienia,
Kto nie dziękował, kiedy go bito,
Ten był "przeklętym polskim bandytą".

Więc harde "polskich bandytów" głowy
Chłonęły piece, doły i rowy.
Teraz, gdy w gruzach Germania legła,
Jest Polska "Wolna i Niepodległa",
Jest wielka. Młoda, swobodna, śliczna,
I nawet mówią "demokratyczna".

Cóż z tego, kiedy kto Polskę kocha,
W kim pozostało sumienia trochę,
Komu niemiłe sowieckie myto,
Jeszcze raz został "polskim bandytą".

I znowu polskości tłumią zapały
Tortury UB, lochy, podwały.
O Boże, chciałbym zapytać Ciebie,
Jakich Polaków najwięcej w niebie?

(głos z góry)

Płaszczem mej chwały, blaskiem okryci
Są tutaj wszyscy "polscy bandyci".''

Autor nieznany, 1946 r.

Tym samym tradycyjnie pragnę zacząć swój wpis o Żołnierzach Wyklętych.

Bandyci, bandyci, bandyci.

Wszędzie ci bandyci.

W okresie PRL wydawano hurtowo ''żółte tygryski'' - takie małe broszurki propagandowe. Opowiadające o braterstwie ''prawdziwie demokratycznych sił'' ludowego Wojska Polskiego i ''braterskiej'' Armii Czerwonej, o rozlicznych bitwach komunistycznych gierojów, które nigdy się nie wydarzyły, o knowaniach podłych imperialistów. Było tego pełno, można je było kupić za kilkadziesiąt groszy w każdym antykwariacie.

Nie mogło wśród nich zabraknąć oczywiście licznych tytułów o dzielnych utrwalaczach władzy ludowej i ''działaczach demokratycznych'', którzy już po wojnie, w kraju, musieli stawiać czoła zagrożeniom nie mniejszym, niż hitlerowskie czołgi.

Oto plugawi reakcyjni bandyci podnosili swoje łby i terroryzowali kraj.

Dokładnie tak - bandyci. Nie żadni tam ''żołnierze'', ''wojskowi'', ani ''partyzanci''. Co najwyżej ''watażkowie'', ''hersztowie'', czy ''reakcjoniści''. Mieli przekrwione od nadmiaru wódki ślepia, zarośnięte, zakazane gęby i nosili się na pół-wojskowo. Wszyscy, jak jeden mąż, byli złodziejami i mordercami, a co najgorsze, wywodzili się z szeregów Armii Krajowej, albo Narodowych Sił Zbrojnych. Jeśli nie łupili i nie grabili, to zastraszali w imię mikołajczykowskiego PSL, który chciał powrotu londyńskich panów i burżujów, odbierać ziemię chłopom i wywołać kolejną wojnę.

Pogrobowcy sanacyjnych pułkowników, którzy Polskę wepchnęli do wojny, płatni agenci Andersa, pachołki imperialistycznego angloamerykańskiego wywiadu, krwawi kolaboranci hitlerowscy - to oni dybali na zgubę Polski, siali śmierć i pożogę, łaknąc jeszcze więcej krwi i cierpienia niewinnych. Opętani nienawiścią zbrodniarze, zaśmiewający się na myśl o mordowaniu kobiet i dzieci.

''»Huzar«, jeden z najbardziej krwawych i najdłużej ukrywających się hersztów podziemia pochodził z rodziny bogacza wiejskiego, mieszkającego we wsi Markowo-Wólka. Przedwojenny kapral podchorąży rezerwy, notoryczny kawaler z wyraźnymi skłonnościami do sadyzmu, podczas okupacji dowódca plutonu AK, współdziałał z okupantem, wydając w ręce gestapo działaczy lewicowych i partyzantów radzieckich.''

To cytat z ''tygryska'' pt.: ''Ryngraf z trupią czaszką''.

Palili i mordowali ci leśni bandyci, ale, na szczęście! zawsze spotykali się ze stanowczym sprzeciwem. Oto młodzi, przystojni i dzielni oficerowie Urzędu Bezpieczeństwa, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i ich dobrotliwi, przyjaźni sojusznicy z NKWD i SMIERSZ chwytali w swoje zmyślne pułapki przeklętych bandytów, których wreszcie spotykała zasłużona kara, a Polska Ludowa mogła wreszcie spać spokojnie.

Historie te w licznych książkach, ku pamięci potomnych, spisywali emerytowani oficerowie MO i KBW, by młodzież pamiętała, jak to hartowała się ludowa ojczyzna. ''Ryngraf z trupią czaszką'', ''Po »Ogniu« był »Mściciel«'', ''Hasła nie będzie'', ''Gorący las'', ''»Orlik« zostawia ślad'' i wiele, wiele innych. Drukowanych w setkach tysięcy egzemplarzy, żeby była pewność, że każdy dobrze zapamięta historie o podłych reakcyjnych bandach.

Ale nie były to jedyne tego typu twory.

A to fanatyczna komunistka Janina Broniewska vel Kunig napisała pseudo-reportaż "Białe plamy" o bandzie Stanisława Grabowskiego ''Wiarusa'', rzekomo współpracującej z SS, a jej były mąż Władysław miażdżył - oczywiście w wierszu - ''faszystów z lasu''.

A to popularny wśród dzieci Jan Brzechwa, napisał wierszyk o reakcyjnych złodziejach, pijakach i pedofilach z NSZ.

A to Adam Bahdaj stworzył trzymającą w napięciu powieść o NSZ-owskiej bandzie ''faszystowskiego zbira'' ''Rębacza'', współpracownika Gestapo i Abwehry, który polował na polskich ''demokratów''.

A to Mieczysław Jastrun alias Moj­sze Agatszte­in, czołowy wierszokleta komuny, napisał ''Balladę o Puszczy Świętokrzyskiej'' i ''Balladę zimową'', wręcz kipiące nienawiścią do wiary katolickiej i Armii Krajowej.

I Zbigniew Nienacki, twórca słynnego ''Pana Samochodzika'' pisał o leśnych bandach, i Jerzy Putrament, i Roman Bratny, i Tadeusz Różewicz, i Leon Kruczkowski.

Okraszali to wszystko byli politrucy i ubecy, jak chociażby Jan Gerhard, autor ''Łun w Bieszczadach'', i Janusz Przymanowski, wielbiony do dzisiaj autor ''Czterech pancernych''. Był i naczelny PPR-owski grafoman Władysław Machejek, który napisał ''Rano przeszedł huragan'' jako rzekomy pamiętnik Józefa Kurasia ''Ognia''. Poparł go esbecki śledczy, Stanisław Wałach, który w swoich książkach zawarł niestworzone brednie na temat ''Ognia'', m.in. historie o wieszaniu ciężarnych kobiet i ucinaniu Żydówkom języków.

Wszak nie mogli pisać inaczej. Ci nikczemni ''bandyci'' położyli do grobu wielu ich towarzyszy. Należało ich ciągle upadlać, przez wiele lat po śmierci, nawet na kartach książek.

Pisarska i publicystyczna nagonka posłusznych kolaborantów, nie gorsza niż jadowicie antysemickie teksty z hitlerowskiego ''Der Stürmera'', sączyła się całymi dekadami. Niektóre teksty były nadzwyczaj prymitywne i pisane słabym językiem, inne - wręcz przeciwnie. Niektóre z książek zekranizowano, jak ''Łuny w Bieszczadach'' Gerharda jako ''Ogniomistrza Kalenia'', z doborową obsadą. Tam zapijaczony, wąsaty, gruby ''major Żubryd'', grany przez Janusza Kłosińskiego, morduje i grabi biednych górali. Przynajmniej do chwili, aż sam nie połyka kulki od podkomendnego.

Były i inne filmy, jak ''Akcja Brutus'', oparta o powieść Nienackiego szpiegowsko-partyzancka opowieść z Witoldem Pyrkoszem w roli głównej, gdzie dzielny ubek Niwiński rozbija ''bandę'' majora ''Boruty'' z AK. Była i zekranizowana powieść Przymanowskiego ''Wszyscy i nikt'', utrzymana w konwencji westernu, z gwiazdorską obsadą (w głównych rolach Emil Karewicz i Wiesław Gołas) prymitywna historia o siedmiu sprawiedliwych żołnierzach ludowych, powstrzymujących najazd reakcyjnej bandy ''kapitana Haka''.

Było tego wiele, bardzo wiele.

I zgodnie się to toczyło przez kilkadziesiąt lat. Dzisiaj już nikt nie pamięta tych tworów. Sczezły na śmietniku historii, zapomniane słusznie. Ale przez blisko pół wieku władza ludowa nieustannie jedynie zohydzała i oczerniała walczących z nią ''bandytów''. Nie zasługiwali oni na żadną pamięć, a jeśli już - to wyłącznie jako egzemplifikacja zła, okrucieństwa i demoralizacji.

Tak - to, w myśl propagandy, byli ''reakcyjni bandyci'', którzy najwidoczniej z kaprysu poszli do lasu, bo mieli taką zachciankę, albo zwyczajnie zakochali się w grabieżach, mordach i egzekucjach. Co najwyżej mogli to być jacyś romantyczni głupcy, naiwniacy, sfanatyzowane szczeniaki, którzy wierzyli, że wybuchnie III wojna światowa i pragnęli sczeznąć na ofiarnym stosie w imię fanatycznego... patriotyzmu?

Obrzydliwych kolaborantów komunizmu - grafomanów i wierszokletów - nigdy nie spotkała żadna kara za ich wypusty. Nie objęto ich nawet infamią i pogardą. Dzisiaj się ich tłumaczy, ''takie były czasy''. Niektóre polskojęzyczne gazety do dzisiaj powielają tę retorykę. Ba! Niektóre z partii zasiadających w Sejmie (!) uważają polskich żołnierzy za ''bandytów'', co to uwielbiali rabować chłopów, mordować kobiety i dzieci, zabijać Żydów.

''Takie były czasy''.

Tego jakoś nie powiedział Julius Streicher, naczelny "Der Stürmera", gdy w Norymberdze zakładali mu pętlę na szyję.

* * *

A jak było naprawdę? Odpowiem przykładem przytoczonego już tutaj ''Huzara'', czyli kapitana Kazimierza Kamieńskiego, dowódcy 6. Brygady Wileńskiej.

Jego postać scharakteryzował w raporcie agent UB, który miał go wydać:

''Postać »Huzara« zrobiła na mnie bardzo dodatnie wrażenie. Jest to mężczyzna wysokiego wzrostu, inteligentny, o miłym i szlachetnym wyglądzie, o łagodnym – i zdaje się – szczerym spojrzeniu. Jego fizjonomia każe się domyślać szlachetnej duszy, starannie ukrytej pod płaszczem ogłady. W obejściu miły, bardzo wymowny. Zdradza umysł głęboki i analityczny. Nie wydaje się, aby miał wybujałą ambicję. Jego słabością jest kawaleria, w której widzi szczyt wojskowych doskonałości. Jak się wyraził, bardzo go interesuje historia walk niepodległościowych, kryminalistyka i psychologia.''

Kapitan Kazimierz Kamieński został zamordowany 11 października 1953 roku wraz z sześcioma swoimi podkomendnymi.

Zaiste. Nieobliczalny bandyta, sadysta i psychopata.

* * *

Wspomniany podporucznik Stanisław Grabowski ''Wiarus'' był szczególnie znienawidzony przez komunistów. Miał organizować w terenie grupę prowokacyjną przeciwko partyzantom, tymczasem sam zbiegł do lasu i wyjawił oddziałom NZW swoje zadanie. ''Szalonego Staśka'' ubecy ścigali latami, ale ten, jak na złość wymykał się obławom w kilkuosobowych patrolach. Zagrano więc inaczej. Wyciągnięto z więzienia i zaszantażowano współpracownicę partyzantów, a następnie podsunięto ''Wiarusowi'', licząc że ten zakocha się w kobiecie. Ubecy nie pomylili się i agentka wydała Grabowskiego. ''Wiarus'' zginął w walce z obławą KBW i UB liczącą kilkuset ludzi we wsi Babino 11 marca 1952 roku. Wraz z nim poległo dwóch jego żołnierzy. Gdy ich ciała wrzucano na ciężarówkę, przyprowadzono kobiety ze wsi, by sprawdzić, która zapłacze. Wszystkie dzielnie powstrzymały łzy. Jeden z ubeków kopał po głowach ciała partyzantów i wrzeszczał: ''Skurwysyny, teraz będą w ubikacji w Mazowiecku pływać''.

* * *

Kapitan Antoni Żubryd ''Zuch'' faktycznie zginął od kuli podkomendnego. Ale nie tak, jak w filmie. Kapitan został zamordowany przez Jerzego Vaulina, agenta MBP, strzałem w tył głowy 24 października 1946 roku. Zaraz potem została w ten sam sposób zamordowana jego ciężarna żona Janina. Janina była w dziewiątym miesiącu ciąży. Jerzy Vaulin vel Wolen, jak sam wspominał, położył się obok ciał zamordowanych przez siebie ludzi i ''napawał się zwycięstwem''. Umierający Antoni jeszcze wierzgał w konwulsjach nogami.

''Napawał się zwycięstwem'' zamordowania dwójki ludzi. W tym kobiety w ciąży.

Potem, gdy zwieziono ich ciała do Sanoka, ubecy kopali po głowie ''Zucha'', krzycząc: ''Antoś! Antoś! Wstawaj, bezpieka przyjechała!''.

Komunistyczny morderca został później szanowanym reżyserem, nie poniósł żadnej odpowiedzialności. W wolnej rzekomo Polsce, śmiał się prosto w twarz synowi Żubryda na korytarzu sądowym. Mówił, że ten powinien być mu wdzięczny, bo dzięki niemu przecież otrzymuje rentę za zamordowanych rodziców.

Mówił to w oczy człowiekowi, który jako czterolatek został uwięziony przez UB jako ''syn bandyty'', a swoich rodziców w ogóle nie pamiętał, bo komunistyczny śmieć ich zamordował strzałem w tył głowy.

Gdyby kapitan Żubryd mógł, to by wstał z grobu i Gerhardowi strzelił w pysk za przedstawienie go w ''Ogniomistrzu Kaleniu'' jako sojusznika UPA, bo akurat ten oficer zasłynął z walk przeciwko banderowcom w Bieszczadach. I Gerhard o tym wiedział, bo jego 34. pułk piechoty współdziałał z ''Żubrydowcami''.

* * *

Albert Niwiński, ''dzielny'' ubek z powieści Nienackiego ''Worek Judaszów'', zekranizowanej jako ''Akcja Brutus'', istniał naprawdę. Nazywał się Zygmunt Lercel i był kolaborantem w niemieckiej policji Kripo. W 1945 roku zaczął współpracę z Głównym Zarządem Informacji ''ludowego'' WP. Jako agent ''Z-24'' doprowadził do aresztowania lub zabicia wielu żołnierzy podziemia i 2. Korpusu Polskiego. Na jego rękach znajduje się krew m.in. kpt. Henryka Glapińskiego ''Klingi'' i ppor. Józefa Kubiaka ''Pawła''. Infiltrował środowisko 5. Brygady Wileńskiej majora Zygmunta Szendzielarza ''Łupaszki''. Przyczynił się do rozbicia struktur Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Otrzymywał liczne nagrody za współpracę: buty, alkohol, tekstylia, kupony, 25 tys. złotych. Popadł jednak w alkoholizm i pisał nieprawdę w raportach, za co został skazany na śmierć w 1950 r.

* * *

To wiele, wiele innych historii.

Jak historia kapitana Henryka Flamego ''Bartka''. Pilota z eleganckim wąsikiem z Brygady Pościgowej, obrońcy Warszawy w 1939 roku, który upokorzył komunistów zajęciem miasteczka Wisła 3 maja 1946 roku i przeprowadzenie defilady trzeciomajowej. Był tak znienawidzony przez komunistów, że ci nie darowali mu nawet po ujawnieniu się przez niego w ramach ''amnestii''. 1 grudnia 1947 roku ''Bartek'' został zamordowany strzałem w plecy w restauracji przez milicyjnego mordercę, Rudolfa Dadaka. Dadak nie poniósł najmniejszej odpowiedzialności za ten mord.

UB w prowokacji wywiozło 100 żołnierzy ''Bartka'' na Opolszczyznę. Tam ich wymordowano, wysadzając w powietrze i rozstrzeliwując katyńską metodą. Rannych dobijano granatami. Ci, którzy ujawnili się w ramach amnestii, byli skrytobójczo mordowani przez UB we własnych domach.

Jak historia porucznika Aleksandra Młyńskiego ''Drągala''. Przystojnego, eleganckiego oficera, który, gdy przybył na zabawę do wsi, odebrał pistolet miejscowemu komendantowi MO, a później oddał sołtysowi z prośbą, by ten przekazał broń właścicielowi. Jednocześnie znanego w całym województwie - w końcu w okolicach Radomia grasował tylko jeden ''jednooki bandyta''. Dopuścił się niewybaczalnej ''zbrodni'' odstrzelenia wojewódzkiego doradcy NKWD, kapitana Wasilija Lesnikowa. Gdy ujawnił się, UB próbowało go aresztować. Wrócił do lasu.

Nie wiedział jednak, że w lesie wyda go przyjaciel, traktowany niczym brat. Był to Marian Bukała ''Zbych'', któremu ocalił niegdyś życie. ''Drągal'' został zamordowany 25 sierpnia 1950 roku przez grupę prowokacyjną UB.

''Zbych'' spędził jeszcze wiele lat w więzieniu, mimo swojej lojalnej współpracy. I jeszcze dziesiątki lat później wstydził się potwornie swej zdrady. Z tego co wiem, sumienie dręczyło go do końca jego dni.

Jak historia wiecznie uśmiechniętego i dowcipkującego bohatera Szarych Szeregów, weterana Powstania Warszawskiego i herosa batalionu ''Zośka'', przyjaciela bohaterów ''Kamieni na szaniec'' - ''Zośki'', ''Rudego'' i ''Alka'' - porucznika Jana Rodowicza ''Anody'', któremu, pardon moi, ubeckie skurwysyny skakały po klatce piersiowej, a potem zastrzeliły 7 stycznia 1949 roku. Za to, że miał czelność upamiętniać swoich poległych kolegów z AK i organizował dla nich pogrzeby.

Słynny lektor, Jan Suzin, mówił o nim: "Szukałem w nim jakichś cech herosa. I nie znalazłem. To ciągle był ten sam uśmiechnięty, pogodny i łagodny Janek. Może tylko gdzieś, na samym dnie jego uśmiechu, czaiły się te stalowe błyski, właściwe ludziom, którzy przemaszerowali przez piekło."

Jak historia brodatego podporucznika Anatola Radziwonika ''Olecha''. Biednego wiejskiego nauczyciela polskiego i białoruskiego, harcerza, który pozostał na wcielonych do ZSRR Kresach, na dalekiej Nowogródczyźnie, by chronić ludność przed sowieckim bezprawiem - kolektywizacją, grabieżami, prześladowaniami za wiarę i język. W jego oddziale służyli Polacy, Białorusini, Litwini, nawet Rosjanie. Do schwytania tego ''bandyty'' NKWD wyznaczyło cały batalion. Długo ''Nieułowimyj Olech'' psuł krew czekistom na ''zachodniej Białorusi'', walcząc całkowicie w osamotnieniu. Poległ 12 maja 1949 roku.

Jak historia żywych wcieleń Kastora i Polluksa - majora Hieronima Dekutowskiego ''Zapory'' i kapitana Zdzisława Brońskiego ''Uskoka''. Dwóch nieomalże braci. I niemalże jak bracia zginęli. Okrutnie skatowanego ''Zaporę'' (wyrwano mu wszystkie paznokcie, powybijano zęby i połamano ręce) 7 marca 1949 roku ubecy podobno wsadzili do worka, powiesili pod sufitem i strzelali tak długo, aż z worka zaczęła ściekać krew. ''Uskok'' przeżył go zaledwie o dwa miesiące. Ubecy wrzeszczeli do niego, by się poddał, bo inaczej wystrzelają całą wieś. Obiecywali darowanie kary. Próbowali utopić. Na próżno. ''Uskok'' wysadził się granatem 21 maja 1949 roku.

* * *

To dziesiątki, setki innych życiorysów. Znanych i mniej znanych. Żołnierzy ''ludowego'' Wojska Polskiego, którzy uciekli do lasu, takich jak Henryk Chabiera, odznaczony medalem ''Zasłużony na Polu Chwały'' za walki o Wrocław; dawnych ''Hubalczyków'', jak słynny Maciej Kalenkiewicz ''Kotwicz'' grasujący na Kresach; powstańców warszawskich, jak chociażby zmarły niedawno generał Jan Podhorski; byłych żołnierzy PSZ, jak przyjaciel Witolda Pileckiego, Ryszard Jamontt-Krzywicki; nawet weteranów Wielkiej Wojny i 1920 roku, jak Zygmunt Broniewski.

Byli nawet cudzoziemcy, jak działający na Suwalszczyźnie litewski kapitan Jurgis Kriksčiunas, walczący w Bieszczadach Serb, kapitan Dragan Sotirović, czy służący na Kresach Francuz, Peter Fitz.

Życiorysów kresowych straceńców i tych, co walczyli w kraju. Zwykłych chłopców ze wsi i zawodowych żołnierzy. Chłopów, robotników i intelektualistów. Prawicowych i lewicowych. Weteranów Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Batalionów Chłopskich i wielu innych organizacji podziemnych.

Bandytów.

Faszystów.

Watażków.

Ostatnich gladiatorów II Rzeczypospolitej.

Rycerzy z orłem w koronie, którzy walczyli przeciwko najbardziej antyludzkiemu systemowi w historii. Przeciwko łobuzom spod czerwonej szmaty, niemającym nic wspólnego z cywilizacją ludzką. Przeciwko ludobójcom gorszym niż Adolf Hitler i wszyscy z nim związani razem wzięci.

* * *

Życiorysów pełnych wspaniałych kart, ale - również tych ciemnych. Te ciemne plamy dzisiaj są eksponowane, jako norma: ''Bury'', ''Ogień'', ''Łupaszka''. Trzy pseudonimy na krzyż, bo ich przeciwnicy nawet nie znają ich nazwisk, a co dopiero życiorysów. Dość powiedzieć, że większość z zarzutów to wymysły, albo zmanipulowane półprawdy - i podam linki, w których opisywałem te ''krwawe zbrodnie''.

Dziwnym trafem ''bandytami'' nazywani są dzisiaj ci Żołnierze Wyklęci, którzy także już wtedy, w 1945-46 roku byli najbardziej znienawidzeni przez komunistów. Którzy najbardziej napsuli im krwi i zadawali największe straty. Pewnie przypadek...

Nie znam ani jednego Żołnierza Wyklętego, którego mógłbym z czystym sumieniem nazwać zwyczajnym zbirem i bandziorem.

Znam za to sporo takich bandziorów po stronie ''władzy ludowej''.

Jednym z takich bandytów był Andrzej Machaj, ubek z Niska. W marcu 1945 r. aresztował żonę majora Franciszka Przysiężniaka ''Ojca Jana'', Janinę. Janina miała 22 lata. Ubecy ją torturowali i przesłuchiwali przez całą noc, by wyjawiła miejsce pobytu męża. Nad ranem 30 marca ją pozornie zwolnili. Gdy odeszła kilka metrów, Machaj strzelił jej w plecy. Była w siódmym miesiącu ciąży.

Znamy i innych takich bandziorów. Jak Andrzej Stawicki, ubek z Gdańska. Latem 1946 roku osobiście torturował 17-letnią (!) Danutę Siedzikównę ''Inkę'', by przyznała się do wszystkich ''zbrodni''. Okładał pięściami bezbronną nastoletnią dziewczynę, a potem żądał dla niej śmierci. Na egzekucji przedstawił ją jako ''kurwę »Łupaszki«'', po czym splunął na nią. Na siedemnastoletnie dziecko, skazane na śmierć.

Albo Władysław Rypiński, dowódca szwadronu śmierci z Płocka. Weteran Armii Ludowej. Jego banda grasowała po całym województwie w latach 1945-47 i mordowała wszystkich przeciwników ''władzy ludowej''. W tym żołnierzy AK, którzy się ujawnili, i działaczy podobno legalnie istniejącego PSL. Jeździli od wsi do wsi i wyciągali ludzi z domów, po czym ich zabijali. Zamordowali tak ok. 100 osób.

Istni bohaterowie ludowi.

Dzisiaj nikt tych nazwisk nie pamięta. Zapewne nikt nawet z Was - zainteresowanych historią - nigdy o nich nie słyszał. Nikt nie przypomina, kto był prawdziwym bandytą.

Ale to nie wszystko.

Były liczne pacyfikacje wsi, były obozy koncentracyjne, były deportacje na Syberię, były egzekucje. Były szantaże i zastraszenia, były uwięzienia rodzin "bandytów", była wreszcie kampania nienawiści. Tysiące ludzi w więzieniach było katowanych, bitych, maltretowanych. Z wyrwanymi paznokciami, z wybitymi zębami, przypalanych papierosami, tłuczonych do nieprzytomności metalowymi pałami. Jeśli ktoś nie został zamordowany, to ''zaliczył'' przynajmniej kilka lat w przepełnionych, wilgotnych celach, albo w obozach koncentracyjnych.

By ich maksymalnie upodlić, komunistyczni zbrodniarze zmuszali ich do ubierania esesmańskich mundurów i zamykali w celach z hitlerowskimi zbrodniarzami wojennymi. Dawali im do zrozumienia, że uważają ich za równych niemieckim ludobójcom.

Nawet jeśli próbował nawoływać do przerwania walki, jak pułkownicy Jan Rzepecki i Jan Mazurkiewicz, oraz generał Emil Fieldorf. Dwaj pierwsi, mimo apeli do zakończenia walki i ujawnienia się, spędzili w więzieniu po osiem lat, ostatni został zamordowany za odmowę współpracy z komunistami.

Po wyjściu z więzienia byli przez lata inwigilowani i mogli mówić o szczęściu, jeśli mogli gdziekolwiek żyć i pracować. W większości mieli złamane zdrowie i kariery. Byli wrakami ludzi, upodlonymi do granic możliwości, którym odmawiano jakiejkolwiek rehabilitacji przez dziesiątki lat. O emeryturach, odznaczeniach i zwykłym upamiętnieniu nie wspominając. Służba Bezpieczeństwa inwigilowała wielu z nich aż do lat 80. Czterdzieści lat po wojnie.

Choć ci i tak mieli więcej szczęścia. Ich koledzy z oddziałów zostali niemożebnie upodleni nawet po śmierci. Ciał wielu z Wyklętych do dzisiaj nie odnaleziono. Wrzucano ich jak śmieci do bezimiennych dołów. Niektórych grzebano pod latrynami, wśród odchodów. Pozbawiono ich nawet prawa do cywilizowanego pochówku. Do dzisiaj się ich szuka na warszawskiej "Łączce" i w innych miejscach.

Słów nie mam na to niesłychane upodlenie. A to jeszcze nie wszystko. Wszak nie tylko ich prześladowano. Represje dotykały też ich współpracowników - ludzi, którzy im pomagali, karmili, dawali schronienie, a nawet członków ich rodzin: ich żony, rodziców, dzieci. Inwigilacja, tortury, uwięzienia - trwały dziesiątkami lat. Tak, dobrze napisałem - dziesiątkami lat. Nawet po śmierci ich samych. Tak przecież potraktowano wiele z ''dzieci bandytów'', które gnębiono latami.

* * *

I to wszystko w czasach, gdy ich oprawcy, owi dzisiaj ''żołnierze zapomniani'' opływali w zaszczyty, odznaczenia, premie i awanse, wygłaszali prelekcje, zajmowali prestiżowe stanowiska. Jako zasłużeni ''utrwalacze władzy ludowej'' żyli tłusto, ciesząc się estymą. Mieli liczne książki i artykuły, a nawet filmy na swój temat. Wiele z nich sami napisali i nakręcili, pielęgnując swoją nienawiść. Wszak licznych ich kolegów Wyklęci położyli trupem. Pomniki i place ich ''bohaterstwa'' jeszcze niedawno znajdowały się w każdym mieście. Chowano ich z pompą, z asystą wojskową i fanfarami na Powązkach i innych zasłużonych nekropoliach, w pysznych grobowcach, obkładanych dziesiątkami wieńców. Nierzadko niedaleko od ciał ich ofiar...

To ci, co to rzekomo ''nie zdążyli do Andersa''. Którzy zaraz po wojnie, ramię w ramię z NKWD pruli z pepesz do Polaków podczas obławy augustowskiej i w wielu innych miejscach zbrodni. Ludowe Wojsko Polskie i Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Dziś wielu ludzi nawołuje do opamiętania, do pojednania. Jednak weterani komunistycznych formacji do 1989 roku nigdy nie znaleźli w sobie choćby odrobiny wyrozumiałości i krzty skruchy dla ''bandytów''. Nie wezwali do żadnego pojednania. Przez blisko pięćdziesiąt lat nie znaleźli w sobie człowieczeństwa, ani skruchy wobec tysięcy bestialsko torturowanych i mordowanych ludzi. W tym kobiet i dzieci.

Nie można zapominać, kto ten terror rozpętał, kto rozpoczął kampanię nienawiści, kto zaczął więzić, torturować i zabijać. Zabijać nie tylko ''bandytów'', ale i prześladować ich rodziny. Ich żony, rodziców, dzieci. I wszystkich, którzy im pomagali.

Już w lipcu 1944 roku, zanim jeszcze wybuchło Powstanie Warszawskie, sowiecki kontrwywiad SMIERSZ nakazywał rozbrajać i aresztować polskich ''bandytów'' na Wileńszczyźnie. Niedługo później tzw. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego wydał nielegalny dekret o przekazywaniu polskich partyzantów z AK i NSZ w ręce NKWD i SMIERSZ.

W sierpniu 1944 roku, gdy krwawiła Warszawa, PKWN uznał wszystkie organizacje podziemne, które mu się nie podporządkowały za ''nielegalne''. A skoro były ''nielegalne'', to można i trzeba było likwidować ich członków. Żołnierzy AK i NSZ, jako ''bandytów'' więziono w katowniach na lubelskim Zamku i w zasłanym ciepłymi jeszcze popiołami ludzkimi KL Majdanek. Tysiące z nich rozstrzelano, albo deportowano do ZSRR jeszcze przed zakończeniem wojny, jeszcze zanim skonała III Rzesza, a świat przedzieliła Żelazna Kurtyna.

W tym samym sierpniu 1944 roku, na Kresach, pod Surkontami, pierwszą krwawą bitwę z NKWD stoczył oddział podpułkownika Macieja Kalenkiewicza ''Kotwicza''. Nazwano to ''kresowymi Termopilami''. Zanim ulegli, położyli trupem dziesiątki Sowietów. Czekiści w zemście wymordowali wszystkich rannych, zakłuwając ich bagnetami.

Należy o tym pamiętać, by wiedzieć kto naprawdę był bandytą.

Wielu dzisiejszych Polaków najwyraźniej bardzo mocno wzięło sobie do serca słowa Reichsführera SS, Heinricha Himmlera, który w 1942 roku zakazał używania słowa ''partyzant'' w odniesieniu do walczących z niemieckim okupantem konspiratorów. ''Partyzant'' kojarzył się dumnie i pozytywnie, jako żołnierz. A totalitarni ludobójcy nie mogli dopuścić, by ich przeciwnicy byli kojarzeni pozytywnie. Musieli ich zohydzić nawet w języku - i nazywać ''Banditen''. ''Bandytami''.

Tak samo czynili najlepsi ideowi przyjaciele nazistów ze Związku Radzieckiego. W dokumentach NKWD i SMIERSZ używano dokładnie takiego samego języka, a w ślad za nimi - u ich polskojęzycznych pachołków z UB i KBW. Dla nich nie było żadnych ''polskich partyzantów''. Byli tylko ''bandyci'', ''faszyści'', ''reakcjoniści''.

Wielu Polaków mentalnie tkwi do dziś w komunie i powiela te same kłamstwa, produkowane taśmowo w PRL. Uważają - podobnie jak ich ojcowie i dziadkowie z UB, MO, KBW, członkowie PZPR i inni sowieccy kolaboranci - że polscy partyzanci walczący z sowieckim okupantem to ''bandyci''. Wynika to głównie z politycznej wojenki. Żołnierze Wyklęci kojarzeni są obecnie niemal wyłącznie z prawicą, a więc walka z ich legendą - a raczej prymitywne ich obrażanie - to walka z poprzednim rządem, który owych bohaterów najgłośniej czcił. Zohydzanie Wyklętych ma więc uderzyć w nielubianą opcję polityczną.

Tymczasem Żołnierze Wyklęci to nie żadna ''prawica'', czy ''lewica''. To taka sama spuścizna, dziedzictwo narodowe, pozostawione nam - Polakom - przez historię. Takie, jak powstańcy warszawscy - nierzadko zresztą ci sami ludzie - czy styczniowi. Tragiczni bohaterowie walk o Polskę. Naszym obowiązkiem jest o to dziedzictwo dbać i pamiętać o nim.

Nie było w Polsce żadnej wojny domowej. Była wojna Polaków z Sowietami i ich marionetkami, przywleczonymi na ruskich tankach i bagnetach. Których potomkowie najgłośniej dziś krzyczą o "bandytach".

* * *

Nie byli sami. Pamiętacie zapewne mój tekst o długiej, trwającej ponad dziesięć lat wojnie Ukraińskiej Powstańczej Armii z NKWD i SMIERSZ na sowieckiej Ukrainie po 1945 roku.

Nie przekreśla to, oczywiście, w żadnym stopniu ludobójstwa UPA na Polakach na Wołyniu i w Galicji, ale pozwala częściowo chociaż zrozumieć, czemu Ukraińcy tak szanują tę formację. Bezsprzecznie UPA walczyła odważnie, zażarcie i długo z Sowietami. Nie powiem, że odkupili tym swoje zbrodnie, ale była to z pewnością jedna z ich chwalebniejszych kart. By zdławić UPA, na zachodniej Ukrainie musiała upłynąć pełna dekada, naznaczona wieloma bitwami, licznymi deportacjami i aresztowaniami, oraz przepełniona grobami. Kosztowała Sowietów dziesiątki tysięcy zabitych. Przypominało to walkę z rozjuszonym, choć słabym i rannym tygrysem, który z wściekłością ryczy i macha pazurami. Ostatnich członków UPA - Petro Pasicznyja i Ołeha Cetnarskiego - Sowieci pokonali w walce w 1960 roku, choć niektóre źródła podają, że pojedynczy partyzanci walczyli do końca lat 60.

Długie lata po wojnie walczyli na Litwie, Łotwie i w Estonii antykomunistyczni partyzanci, znani jako ''Leśni Bracia''. Byli wśród nich dezerterzy z Armii Czerwonej, przedwojenni żołnierze, lokalni działacze, milicjanci, byli żołnierze Legionów SS: Łotewskiego i Estońskiego. Ich walka była równie zażarta, naznaczona wieloma rajdami i zasadzkami. Nim ich zdławiono, minęło dwanaście lat od zakończenia wojny. Ostatniego z nich, Estończyka Augusta Sabbe, KGB zamordowało dopiero w 1978 roku.

Tak samo boje toczyli rumuńscy partyzanci - zwolennicy obalonego w 1947 roku króla Michała I, oraz poruszająco lojalni zwolennicy Żelaznej Gwardii Corneliu Zelea Codreanu. Część z nich przerzucili jeszcze Niemcy w czasie wojny, inni poszli w góry gdy komuniści zaczęli przejmować kraj w 1947 roku. Ostatniego z nich, Iona Gavrilă-Ogoranu, rumuńska bezpieka Securitate schwytała dopiero w 1976 roku.

Walczyli i bułgarscy partyzanci, zwani ''Goriani''; i albańscy zwolennicy króla Zoga i członkowie ruchu ''Balli Kombëtar'', którzy usiłowali wywołać powstanie we wrześniu 1946 roku w Szkodrze; byli i serbscy Czetnicy, nadal wierni swemu przywódcy, Draży Mihailoviciowi i królowi Piotrowi; byli i chorwaccy ''Krzyżowcy'', dla których walka była o być, albo nie być. Na dalekim Kaukazie opór stawiali Czeczeni, Gruzini i Ormianie, walcząc w całkowitym osamotnieniu z sowieckim imperializmem do 1948 roku. Nie brakło ani Białorusinów z organizacji ''Čorny Kot'', przerzuconych przez Niemców, ani Słoweńców, ani Rumunów na terenach włączonej do ZSRR Besarabii.

Nie brakło nawet ''białych'' Rosjan, walczących daleko w Związku Radzieckim. Tych reprezentował Ludowo-Pracowniczy Związek (Rosyjskich Solidarystów), prowadzący działalność propagandową i wywiadowczą w latach 50. Oddziałów partyzanckich ''białych'' Rosjan po 1944 roku było całkiem sporo: Kozina, Chomutowa, Michalczuka i inne.

Byli wreszcie najbardziej rozpaczliwi z nich. Pięść sprzeciwu wprost z otchłani piekieł. Zekowie z licznych niewolniczych łagrów Związku Radzieckiego. Dawni oficerowie Armii Czerwonej, rosyjscy cywile skazani za ''kontrrewolucję'' i ''zdradę'', zesłani polscy, bałtyccy i ukraińscy ''bandyci''. Wzniecali swe powstania w Peczorze, Norylsku, Kengirze, Workucie w latach 50. Całkowicie zapomniani, bez żadnej nadziei na zwycięstwo, miażdżeni gąsienicami czołgów i bezlitośnie rozstrzeliwani. Nazwisk większości z nich nikt nie zna.

''Bandytów'' tych zebrała się więc całkiem spora armia, rozsiana od Dunaju po Ural, licząca ponad milion ludzi. Złączona antykomunizmem, patriotyzmem i ideałami. Trwająca do zupełnego unicestwienia w latach 50. i 60. Zdławiona żelaznymi pięściami sowieckiego potwora. Osamotniona. Zapomniana. Heroicznie walcząca o wolność. Rozpaczliwie krzycząca o sprawiedliwość.

Armia ostatnich wojowników II Wojny Światowej.

I pierwszych żołnierzy frontów Zimnej Wojny.

* * *

W filmie Instytutu Pamięci Narodowej ''Niezwyciężeni'' jest piękna scena, która zawsze łamie mi serce. Gdy przed twarzami polskich żołnierzy wyrasta czerwona, żelazna kurtyna, a za nimi powstaje potężny, mechaniczny olbrzym, oznaczony sierpem i młotem. Czerwony mrok ogarnia wszystko w beznadziejnej desperacji.

Maleńcy - a przecież wielcy - wojownicy podnoszą swe karabiny i strzelają. Choć nie mają przecież żadnej szansy na zwycięstwo z żelaznym potworem, który miażdży ich swoimi wielkimi pięściami.

Dokładnie tym był Związek Radziecki. Monstrum, którego żelazne dłonie miażdżyły całe kraje i narody, dławiąc ich pragnienie wolności i sprawiedliwości gąsienicami czołgów, nawałami artylerii i ogniem maszynowym.

Tam, gdzie sięgnęła Moskwa, tam zawsze były groby, zniszczenie i rozpacz.

* * *

Nie wiem, czy ktoś zrozumie ten długi tekst. Jeśli choć jedna osoba go doceni, to uznam, że odniosłem sukces. Ale pragnąłbym by było to jak najwięcej osób.

„A może już nikt o nas nie wspomni i nawet nie będzie pamiętać, że walczyliśmy o wolność Ojczyzny, może określenie nas bandytami, wpajane społeczeństwu, pozostanie już na zawsze”, miał rzec wspomniany ''Zapora''

Mam cały czas nadzieję, że ''Zapora'' się mylił.

Niektórych z tych ''bandytów'' poznałem osobiście. Dzisiaj większość z nich już nie żyje. Jak zmarły w grudniu 2019 roku generał Tadeusz Bieńkowicz ''Rączy'', pochodzący z Wileńszczyzny bohater, znany m.in. z akcji ataku na więzienie w Lidzie, kawaler Virtuti Militari, którego miałem zaszczyt poznać i kilkukrotnie z nim porozmawiać. Jak zmarły parę lat temu ppłk Czesław Naleziński ps. ''Arsen'', jak żołnierz ''Ognia'', uczestnik ataku na więzienie św. Michała w Krakowie, Zbigniew Paliwoda ps. ''Jur'', jak zmarły w zeszłym roku porucznik Wacław Szacoń ''Czarny'', przyjaciel Józefa Franczaka. Prawdziwy przyjaciel, który całe życie bronił dobrego imienia ostatniego Wyklętego.

Z dumą wspomnijcie ich imiona.

Pozwolę sobie zakończyć jeszcze jednym utworem:

Już księżyc zgasł, i gwiazdki lśnią
Sen zmorzył twą laleczkę
Więc rączki złóż i oczka zmruż
Opowiem Ci bajeczkę

Był sobie król, był sobie paź
I była też królewna
Żyli wśród róż, nie znali burz
Rzecz najzupełniej pewna

Na skraju miasta zamek ich stał
Mur go od świata dzielił
A że się tak kochali
Więc mieszkali cela przy celi

A żebyś Ty pojęła sens
Tej kołysanki nowej
Z WiN-u był ''Król''
''Paź'' z NSZ
''Królewna'' z Armii Krajowej

← Back to timeline